To on i tylko on wskazywał drogę naszemu pojazdowi. Na szczęście w południe, kiedy rozpoczęła się polarna szaruga, jazda stała się łatwiejsza. Przez pierwsze pół godziny zajmowałem się wyłącznie Mahlerem, który po zastrzyku insuliny powoli wychodził z krytycznego stanu. Potem zbadałem Marię le Garde, Helenę, Jackstrawa i opatrzyłem ręce Zagera. Gdy dokładnie w południe wjechaliśmy na majestatycznie spływający do fiordu lodowiec, nasz pojazd zatrzymał się. Ujrzeliśmy niezwykły widok. Fiord tylko w jednym miejscu miał płaskie wybrzeże. Prawdopodobnie tam właśnie miała wpłynąć łódź wspólników Smallwooda i Corazziniego. Lodowiec Kangalak był poprzecinany głębokimi szczelinami. Na horyzoncie widać było zupełnie wyraźnie pokryte gęstą krą Morze Baffina. Dwa kilometry od brzegu wody były już wolne. Kłębiła się nad nimi gęsta, biała mgła, z której wynurzały się oddalone od siebie o kilka mil dwa statki. Jednym z nich był z pewnością niszczyciel: drugi natomiast, kiedy przyjrzeliśmy mu się lepiej, okazał się małym rybackim statkiem. Wpływał właśnie do fiordu.

(Reklama: )
